Sorry, your browser doesn't support Java(tm).
INFORMACJE O RASIE  KAI - TENKEITEKI-NA TAJGETA  USHA - AKARUI LOVOSICKA ALEJ  LANCELOT - KAKUJIT SU TAJGETA  FOTO NASZE AINU  WZORZEC FCI  RODOWODY  WYSTAWY  HOKKAIDO W POLSCE  JAPOŃSKIE RASY  LINKI DO JAPOŃCZYKÓW  FOTO INNE AINU  KONTAKT  INTRO

www.hokkaido.info.pl hodowla hokkaido Running Morpheus Kennel husky Łódź Dominik Kotwasiński Ewa Kwiecińska rasa hokkaido psy ras północnych rasy japońskie Polska Poland Lodz Ainu Dog Hokkaido Inu Ainu Inu Pies Ainów hokkaido dog hokkaidoken hokkaido ken ainu dog ainu hund hokkaido hund Kakujit Su Tajgeta Tenkeiteki-Na Tajgeta Ainu


LANCELOT - KAKUJIT SU TAJGETA
( (1kB) z japońskiego: kakujit su - wiarygodny, niezawodny, pewny)


(26kB) Szaleństwo zaczęło się właśnie od niego. Nigdy nie przypuszczaliśmy, że poza husky jakaś rasa potrafiłyby tak nami zawładnąć. Co prawda, mnie zawsze podobały się pręgowane akity, a Dominik marzył o łaciatym Dużym Psie Japońskim, które chcieliśmy mieć do stróżowania domu. A że nie potrafiliśmy się zgodzić i zdecydować - koniec konców - przypadek zadecydował za nas. Lancelot naprawdę nazywał się Kakujit Su Tajgeta i urodził się w sierpniu 2003 roku, niedaleko nas w łódzkiej hodowli, jedynej tej rasy w Polsce. Jednak nie trafił do nas oczekiwany, tylko został zaadopotowany poprzez bazę Bezdomne Szpice, z którą współpracujemy. Tam pod koniec wakacji pojawiło się ogłoszenie o tym, że w gdańskim schronisku przebywa pies podobny do husky. Szybko okazało się, że jest to niespełna kilkumiesięczny osobnik rasy hokkaido. Ogłoszenie było dramatyczne, bo też i dramatyczne były losy psa, który, jak się okazało - już od początku czerwca zamieszkiwał boks na Orunii.
W skrócie mówiąc Lancelot z Łodzi trafił do właścicieli z trójmiasta, którzy nie potrafili sobie poradzić z tym niewielkim, ale jakże charakternym psem. Prawdopodobnie rozpuścili go, niekonsekwentnie chowali, po czym zdominował ich i ich życie, tak, że zaczęli się go bać. Ponoć gryzł, kąsał, rzucał się na ludzi, za co prawdopodobnie był bity i karany. I tak koło agresji się zamykało. Oddali go więc do schroniska po to, żeby po kilku dniach zabrać go spowrotem (prawdopodobnie znaleźli na niego jakiegoś kupca). Niestety, pies przechodził nadal z rąk do rąk, bo nikt nie potrafił sobie dać z nim rady. Koniec końców w czerwcu ubiegłego roku Lancelot, już lekko zdziczały, trafił znowu na dobre do gdańskiego schroniska na Orunii, wyłapany przez rakarzy. Był tak agresywny, że nie dopuszczal do siebie nikogo, na początku trzeba go było dosłownie karmić "z kija". Nienawidził przymusu, obcych, a w szczególności weterynarzy. Przebył też kilka innych prób adopcji, niestety, za każdy razem przerażeni właściciele oddawali go spowrotem do schroniska. Generalnie, gdyby nie adopcja, pies wkrótce zostałby uśpiony. Siał tam postrach nawet wśród lekarzy, którzy bali się do niego podchodzić, więc nawet go nie badali, a do szczepień był ściskany drzwiami ;-(.

Zaintrygował nas ten mały agresor i postanowiliśmy podjąć wyzwanie, zaadoptować go i dać mu ostatnią w życiu szansę. Pojechaliśmy więc wraz z Zośką i Morfeuszem do Gdańska jako komitet powitalny. Na miejscu zastaliśmy "bidę z nędzą". Psiak był tak mały, chudy, osłabiony, śmierdzący, że ledwo trzymał się na nogach. (66kB) Wymiotował i wypróżniał się z krwią, nie mógł jeść i pić. Co nie przeszkadzało mu oczywiście rzucać się na nas i kąsać. Dwóch facetów w podwójnych monterskich rękawicach nie potrafiło dać sobie z nim rady wsadzając go do samochodu. A rękawice i tak zostały przedziurawione ;-). Ponieważ większość weterynarzy w Gdańsku znało już jego przypadek wszyscy dawali nam "krzyżyk" na drogę i życzyli szczęścia z niedowierzaniem, że coś jeszcze może być z tego kawałka futra. A jednak... Byliśmy przerażeni, ale daliśmy mu miesiąc czasu - i chyba się tym przejął! Chociaż na początku było bardzo ciężko... U nas czekał na niego własny, specjalnie dla niego postawiony obszerny kojec, ciepła buda, stado dorosłych psów i twarde zasady, których należy przestrzegać. Ale przede wszystkim ciepło i spokój ;-))) Nikt, kto zna jego historię nie wierzy, że Lancelot po miesiącu pobytu u nas - to ten sam pies sprzed kilku miesięcy. Każdy dzień pracy i miłości, której uczył się od nowa, każde ugryzienie, brak strachu i zdobywanie zaufania dzień po dniu sprawiło, że Lanci stał się posłusznym, cudownym, a w stosunku do nas - wcale nie dominującym psem. Co więcej, po kilku tygodniach Lancelot oszalał w zupełności na naszym punkcie, a za swojego pana obrał Dominika. Całymi dniami wyśpiewywał za nim tęskne pieśni i czekał przed domem na jego powrót. Gdy tracił nas z oczu, dostawał histerii, więc jeździł z nami wszędzie - do pracy, na zawody, w gości. Bronił nas, domu, przyczepy, samochodu i psów z takim zaanagażowaniem i przekonaniem, że nie mieliśmy wątpliwości, że to jest miłość z jego strony. On był cały nasz, a my cali jego. Lanci zaakceptował zasady panujące w naszym domu oraz ustaloną już heriarchię, chociaż co do psów - to ciągle miał drobne wątpliwości;-)). Był jednak bardzo pogodnym, i przeokropnie kontaktowym psem, pieszczochem, wariatem i naszym stadnym dyrektorkiem. NIE MIELIŚMY Z NIM ŻADNYCH PROBLEMÓW.
To, co z nim przeżyliśmy związało nas tak mocno, jak z żadnym innym psem. Całą historię Lancelota wraz ze szczegółami, prawie dzień po dniu można przeczytać na kilkanunastu stronach specjalnego tematu na forum "Dogomania" w dziale Szpice - Reszta szpiców, poświęconego właśnie przypadkowi Lancelota.
Niestety, LANCELOT ODSZEDŁ OD NAS 26 STYCZNIA 2005 ROKU - BEZ BÓLU, PODCZAS SNU.... Nie wytrzymało serduszko i organy wewnętrzne, wyniszczone tułaczką, biciem, nerwami i zniszczone doszczętnie parszywym schroniskowym jedzeniem.

Pożegnanie Lancelota:
Uciekł za Tęczowy Most tak szybko, jak zjawił się w naszym domu...........
Na ostatnie posłanko wybrał sobie budkę Sunki, na werandzie pod drzwiami, gdzie nigdy wczesniej nie wchodził.......
Pozostawił po sobie rozbitych do cna nas - ryczącą mnie i najukochańszego swojego, jedynego Pana, którego ta smierć przybiła jak nic nigdy dotąd....
Pozostawił ogłupiałe i ciche jak nigdy dotąd swoje stado, pozostawił swoje budki, kocyki, szeleczki, obróżki, swoje miejsce w przyczepce, swój kojczyk, miski i stado zabawek.......
Dobrze tylko, ze po tylu tragediach jakie przeżył w zyciu, po tylku niedobrych ludzi jakich spotkał, zmarł szczęśliwy i kochany.....
Nigdy już nie usłyszymy jak pieknie wył, jak gadał całymi dniami - nie zobaczymy jak chodzi za nami krok w krok i jak tęskni i cierpi gdy traci nas z oczu........ Nie ma już w naszym ogrodzie japońskiego Dyrektorka który ustawia wszystkie haszczaki, tej uśmiechniętej mordy, która kiedyś była strzepem agresji.... psa, który był chlubą naszej pracy z psami, psa wiernego, oddanego, z nieprzecietną osobowością i charakterkiem......
Swoją budkę i miejsce przy łóżku zamienił teraz na ciepły kącik w sadzie, pod starą jabłonką, i chociaz jest tak blisko, nasz domek nigdy juz nie bedzie taki sam bez naszej Hokki...
Nie ma zakręconego ogonka, nie ma codziennej głosnej pobudki o szóstej rano, nie ma denerwującego ujadania na nasze hasiory.... Pusto, cicho, spokojnie.... Nigdy już nie zawyje tęsknym spiewem, nigdy już nie pokaże obcym swoich wrogich ząbków, nigdy nie będzie już żebrał przy watahowym stole o pyszny kąsek.
Niespełna półtoraletni, ale z doświadczeniem życiowym godnym stada staruszków, opuścił nas wczoraj, po południu, nieoczekiwanie, zaskakująco, ale bez bólu, podczas snu.... i w końcu szczęśliwy i kochany... moze własnie tylko tego potrzebował, żeby móc stąd odejść...

Nasz przyjacielu, hasaj sobie szczęśliwie za Tęczowym Mostem i czekaj tam na resztę swoich przyjaciół i na nas...
Życie z Tobą nie było łatwe, ale bez Ciebie jest milion razy gorzej.....
Hocek, czyli nasz Lancelot - Hokka Hokkaido nie żyje........


ZAPRASZAMY RÓWNIEŻ NA NASZĄ DRUGĄ WITRYNĘ - POŚWIĘCONĄ SYBERIAN HUSKY
WWW.HUSKY.INFO.PL

Sorry, your browser doesn't support Java(tm).